HISTORIA TRZECIEGO PORODU

Z okazji Światowego Dnia Wcześniaka..

Gaja też jest wcześniaczkiem. Urodznym w 36tc. Na szczęście była duża – 2780g i miała wszystkie fukcje życiowe prawidłowe. Jednak dopiero po porodzie zdałam sobie sprawę, że tak niewiele brakowało żeby historia nie potoczyła się szczęśliwie..

Od początku trzeciej ciąży planowałam swój poród. Miał być najbardziej świadomy, naturalny, spokojny. Umawialiśmy nawet położną do porodu domowego. Chciałam oddychać, medytować, leżeć w wannie, słuchać muzyki. Wizualizowałam cały scenariusz mnóstwo razy. Chciałam aby nic nie zakłóciło naturalnego rozwoju mojej Córeczki, żeby od samego początku swojego życia rozwijała się tak jak zaplanowała to natura.

Pierwsze dziwne, totalnie abstrakcyjne przeczucie miałam, kiedy pakowałam się do szpitala. Pamiętałam po poprzednim porodzie że wygodnie było mi w dresach i koszulce do karmienia. I tu przemknęła na ułamek sekundy ta myśl. Nie wiadomo skąd! ..Przecież gumka od spodni będzie mnie drażnić w ranę po cesarkim cięciu… wyrzuciłam ją od razu z głowy, wręcz chciało mi się śmiać! Skąd taka bzdura? Przecież ja urodzę naturalnie i innej opcji nie ma! Więc skąd ta myśl…

W 34tc pojechałam na przedostatnią wizytę. Sprawdzić ile waży już Gaja, dowiedzieć się że wszystko idzie zgodnie z planem. Niestety wieści były inne.. okazało się że pępowina jest umiejscowiona w kanale rodnym, przed główką. Było to absolutne wskazanie do cesarskiego cięcia. W dodatku miałam się już w tym samym dniu udać do szpitala i tam czekać na poród. Gdyby zaczął się w domu, mogłabym nie zdążyć dojechać na salę operacyjną. Gdyby Gaja zaczęła napierać główką na pępowinę, mogłoby dojść do niedotlenienia.. Mało tego – gdyby mój lekarz zrobił badanie usg tylko przez brzuch, niczego by nie zauważył. Ułożenie pępowiny widoczne było tylko w badaniu przez pochwę.

To był totalny szok. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy i nie przyjęłam go do końca do wiadomości. Spakowałam rzeczy i pojechałam do szpitala ale w głowie miałam tylko jedną myśl – pępowina musi się cofnąć! Będę leżeć z pupą w górze, kręcić biodrami, jeśli będzie trzeba – stać na głowie, ale muszę urodzić naturalnie!

W szpitalu przywitała mnie Pani Doktor, zrobiła usg i potwierdziła poprzednią diagnozę. Wyznaczyła mi też termin cc, najszybszy możliwy kiedy ciąża będzie już „donoszona’. W tym momencie pojawił się we mnie pierwszy bunt. Nie chciałam cesarki „na termin”. Uważałam że nawet jeśli poród ma się zakończyć w ten sposób, niech przynajmniej zacznie się naturalnie, wtedy kiedy dziecko zdecyduje że jest gotowe do przyjścia na świat. Każda ciąża jest przecież inna, każda w innym momencie jest już dojrzała..  Pani doktor kompletnie nie rozumiała mojego sprzeciwu. Sama miała za sobą już jeden poród – właśnie przez planowane cesarskie cięcie. I nie widziała w tym niczego złego. Było pewne że nasze podejście do roli natury jest diametralnie różne.

W momencie kiedy moje emocje sięgały już krytycznego punktu, usłyszałam kolejne zalecenie które mnie zszokowało. Miałam przyjąć serię sterydowych zastrzyków przyspieszających rozwój płuc Gai, dzięki którym, w razie wcześniejszego porodu, miała samodzielnie oddychać. Przeraziło mnie to. Wyobraziłam sobie tą nienaturalną ingerencję.. pomyślałam że to komletnie zaburzy jej prawidłowy rozwój, że kiedyś napewno odbije się na jej zdrowiu, że będziemy borykać się z ciągłym zapaleniem krtani.. kompletnie nie mogłam się na to zgodzić.. Wszystko co działo się w tamtym momencie było całkowitym przeciwieństwem moich przekonań.

W głowie miałam milion myśli. Był 35tc. Jeśli urodziłabym za dwa tygodnie, Gaja byłaby już donoszonym noworodkiem. W tym samym tygodniu urodził się Cyprian i miał 10 punktów, był całkiem zdrowym dzieckiem wydolnym oddechowo. Jednak on urodził się siłami natury, przy skurczach oraz pierwszym wysiłku jakim jest przejście przez kanał rodny, dochodzi do rozprężania pęcherzyków płuc. Gaja miała urodzić się bez tych „przywilejów”.. z drugiej strony świadomość tak „ogromnej” ingerencji w maleńkie ciałko mojego dziecka, była nie do przyjęcia. Postanowiłam odmówić przyjęcia leku i podpisałam swój sprzeciw. W tym samym momencie stałam się „czarną owcą” na oddziale.. Był czwartek. Cały piątek robiłam co mogłam, żeby zmienić ułożenie pępowiny. Oczekiwałam kolejnego badania USG aby sprawdzić czy moje starania przyniosły skutek. Nikt jednak do mnie nawet nie zajrzał. Potem był weekend, więc na badanie nie było szans. Leżałam sama ze swoimi myślami i wątpliwościami. Razem z mężem, konsultowaliśmy decyzję ze wszystkimi znajomymi lekarzami – każdy potwierdzał, że powinnam przyjąć steryd.. W niedzielę będąc w toalecie, zauważyłam coś co mogło być czopem śluzowym. Nogi ugięły mi się z przerażenia. Przedwczesny poród stał się realny.. Pomyślałam, że jeśli Gaja urodzi się wcześniakiem i będzie leżeć pod respiratorem – to będzie tylko i wyłącznie moja wina! I była to wizja o wiele gorsza niż zapalenie krtani w wieku przedszkolnym.. Postanowiłam, że na najbliższej konsultacji lekarskiej poproszę o podanie zastrzyków.

Nikt jednak nie poprosił mnie na badanie nawet w poniedziałek. Prawdopodobnie lekarzom nie spodobał się mój sprzeciw i zostawili mnie samą sobie. Udało się skonsultować dopiero we wtorek. Badanie USG pokazało że położenie pępowiny nie zmieniło się nawet o milimetr. Gaja bardzo mocno napierała już główką w dół więc nie było na to szans. W ten sam dzień przyjęłam pierwszy zastrzyk a w środę kolejny. Leżałam, odpoczywałam, oswajałam się z myślą, że życie przynosi nam zaskakujące scenariusze i przyjmowałam tę gorzką lekcję pokory.

W sobotę odwiedziła mnie Siostra. Była piękna pogoda, pierwsze wiosenne ciepło. Po 10 dniach spędzonych w szpitalu, chciałam choć na chwilę wyjść na świeże powietrze. Siedziałyśmy na ławce, ale było mi tak ciężko i nie wygodnie że postanowiłam wrócić do łóżka. Wejście po schodach szpitalnych na oddział było wielkim wyzwaniem. A nawet leżenie nie przynosiło ulgi. Coś okropnie kłuło mnie na wysokości nerek. Aga pojechała do domu, a ja chciałam tylko zamknąć oczy i spać. O godz. 18.30 leżąc na łóżku, poczułam jakby ktoś wylał mi między nogami wiadro ciepłej wody. Nie miałam na to żadnego wpływu. Koleżanka z sali zawołała położną. Od tej chwili wszystko działo się jak za szybą, w dodatku w przyspieszonym tempie. Położne kazały trzymać miednicę wysoko, Gaja nie mogła napierać na pępowinę.. Zdążyłam zadzwonić do Męża. Mimo, a może właśnie na przekór tej całej panice jaka działa się wokół mnie, oboje z Olkiem byliśmy bardzo spokojni.. on nawet z zimną krwią zdąrzył ogolić klatę w domu, bo wiedział, że będzie kangurował Gaję 🙂

Dotarł do szpitala, kiedy jechałam już na salę operacyjną. Zdążył mnie pogłaskać i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Nie wiem skąd, ale wiedziałam że ma rację. Starałam się już nie zastanawiać. Że wcześniak, że cesarka, że tak nagle… chciałam już tylko wiedzieć, że jest z nami.

Urodziła się o 19.20. Moment wyjęcia dziecka z brzucha jest jednocześnie ulgą i pustką.. bardzo dziwne i nienaturalne uczucie. Najgorsza jest ta niemoc. Leżysz i wszystko robią za Ciebie. Patrzysz tylko w oczy lekarzom nad Tobą i starasz się wyczytać cokolwiek. Że jest dobrze. Usłyszałam Jej płacz i uśmiechnęłam się. Miałam łzy w oczach, a kiedy położyli mi ją przy twarzy, zaczęłam mówić do niej i płakać jak bóbr. Ona za to ucichła, czuła moją obecność i była spokojna. Krótko była przy mnie, zaraz zabrali ją na badanie. Musiałam godzić się na wszystko. Nie chciałam się już buntować, najważniejsze było to, że jest zdrowa. Zaraz przyszła położna i pokazała mi w telefonie zdjęcie. Jak Gaja leży na swoim Tacie. Usłyszałam jeszcze, że waży 2780 i byłam szczęśliwa. Była w najlepszym możliwym w tym momencie miejscu 🙂 Duża, silna i zdrowa. Blisko Taty.

Nadchodząca noc była najdłuższa w moim życiu. Najpierw euforia, radość, szczęście. Oglądałam kilka zdjęć Gai które zrobiła położna w kółko i wysyłałam wszystkim znajomym. Kiedy już nikt nie chciał ze mną pisać, bo wszyscy poszli spać – w głowie miałam tylko, że chcę ją jak najszybciej mieć przy sobie i przystawić do piersi. Bałam się, że jeśli dostanie butelkę, będziemy miały problem z naturalnym karmieniem. Niestety nie było szans, żeby ktokolwiek mi ją przyniósł. Leżała w inkubatorku na dogrzaniu. O 6 rano kiedy nadal nikt do mnie nie przychodził, zaczęłam pisać smsy do położnej. Że ja już się wyspałam i ja chcę już iść do dziecka 🙂 O tej porze jednak nikt nie chciał ze mną gadać.. Dopiero ok. 10.00 Olek zawiózł mnie na wózku na sąsiedni oddział, żebym mogła zobaczyć Gaję. Po godzinie pozwolono mi Ją wyciągnąć do karmienia. Była tak malutka i tak śpiąca, że nie myślała nawet o ssaniu. Była zresztą już najedzona sztucznym mlekiem. Bardzo się bałam. Bardziej niż cesarskiego cięcia, bałam się, że nie będę mogła karmić. Od momentu kiedy mogła być już przy mnie, nie odłożyłam jej nawet na chwilę. W nocy spała ze mną, w dzień cały czas przy piersi. Laktacja się spóźniała, a Gaja spadała na wadze. Dostałam zalecenie dokarmienia jej mieszanką. Nie zrobiłam tego, tylko nadal cierpliwie przystawiałam do piersi. Udało się. Pokarm przyszedł, byłyśmy na dobrej drodze.

Dziś Gaja ma 20 miesięcy. Jeszcze ani razu nie była chora, nigdy nie miała zapalenia krtani, oskrzeli ani anginy. Moje obawy co do podania sterydu okazały się mocno przesadzone. Jak widać, ta ingerencja nie musiała mieć wpływu na jej zdrowie.

Każda Mama która choć raz bała się o życie i zdrowie swojego Dziecka, jest bohaterką. Walka która odbywa się wewnątrz jest nie do opisania. Nigdy nie wiesz jak daleko możesz się posunąć w zaufaniu do własnej intuicji, a kiedy powinnaś już odpuścić. Zaufać innym, uwierzyć że chcą Ci pomóc. Poddać się, po to żeby zwyciężyć.

 

3 komentarze

  • Kasia napisał(a):

    Ale się uryczałam… piękny wpis Monia ❤️

  • Ewa napisał(a):

    Monia, odkąd znalazłam Cię w internecie zawsze podziwiałam Cię za pewność siebie w roli mamy i uwerz mi, że to mi bardzo pomogło. Urodziłam córkę miesiąc później niż Ty, 04.042018 w 34 tc. Basia ważyła niecałe 2500, ale mierzyła 59 cm więc byał bardzo chudziutka. Nigdy nie miałam do czynienia z tak drobnym i małym niemowalczkiem. Następnie okazało się, że urodziła się bez odruchu ssania i mamy problem z karmieniem piersią, a to był dopiero początek naszych problemów…. Tak bardzo mi wtedy brakowało pewności siebie, doświadczenia, które mają inne mamy Intuicji, która pomogłaby mi podejmować decyzje. I wtedy spotkałam Ciebie i… muszę w końcu to powiedzieć, wiele się od Ciebie nauczyłam.Choć nie krywam, że czasami wpadałam w małe komplesy, ale dzisiaj już umiem sbie z nimi świetnie radzić.
    Podobnie jak Ty, tak bardzo chciałam urodzić naturalnie i karmić piersią, wyszło inaczej – miałam cesarkę (ze względu na położenie główkowe) i karmiłam Basię i piersią (do samoodstawienia, czyli 13 m-ca) i dokarmiałam mm. Dziś Basia ma 19 miesięcy, jest zdrowym dzieckiem i prócz kataru przy ząbkowaniu, jeszcze nie chorowała. I wiem już, że ciąża i proród są prawie calkowicie od nas niezależne… Przy kolejnych dzieciach będę już mądrzejsza, ale czy bardziej pewna siebie… ? Mam taką nadzieję:)

  • Alicja napisał(a):

    Przeczytałam Twoją historię ze łzami w oczach. Mam z moją córką podobną,ale nie miałyśmy tyle szczęścia. Moja Pola też przyszła na świat przez cesarkę w 36 tyg.ale nie była na to przygotowana. Nie potrafiła oddychać sama i zobaczyłam ją dopiero po 4 dniach po porodzie,musiała zostać przewieziona na oddział patologii noworodka. Nie zapomnę tych kilkudziesięciu minut kiedy nikt z personelu nie powiedział mnie i mężowi co się z nią dzieje,myśleliśmy,że już jej nie zobaczymy,a ja widziałam ją tylko przez sekunde… Ciężko jest to wspominać,mówić o tym,ale piszę to także w kontekście „gorącego”tematu karmienia piersią…ja mam za sobą traumę po której nie było szans na karmienie naturalne,choć tak bardzo pragnęłam czegoś innego. Każda z nas ma jakąś historię,a tak łatwo kogoś ocenić.
    Wszystkiego dobrego.

Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Instagram

  • Przed nami pewnie ostatnie lato „w wózku”.. lubię ten czas ☺️ człowiek zapakuje wszystko co potrzebne, kawa w dłoń i idzie 😍 
#spacery .
.
.
.
#wiosna #springvibes #ootd #streetwear #streetstyle #instamama #mamatrojki #bugaboostroller #lamillou #backpack #lovelife
  • Coraz bardziej lubi swój nowy pokój ☺️ wcale jej się nie dziwie 😍
#pokoikgai .
.
.
.
.
#babygirl #babyroom #interiordesign #roomforkids #kidsroom #mamatrojki #momof3 #instamama #lovelife #mygirl #kocham #roomdecor #babyroomdecor
  • Odwiedziła nas wczoraj @dzika.pracownia 🌱 Moniu, dziękujemy że przyniosłaś nam do domu wiosnę 🌸 
#springvibes
  • To zdjęcie zrobione wczoraj ale dziś wszyscy wyszli z domu w skarpetkach nie do pary☺️ #dzienkolorowejskarpetki #swiatowydzienzespoludowna #akceptujemy #szanujemy #mojedzieci #rodzenstwo #kochamnajmocniej #instamama #mamatrojki #momof3 #love
  • Miłego dnia ☀️
#lecimyztymwtorkiem .
.
.
.
#coreczkamamusi #ootd #babyoutfits #babygirl #streetwear #streetstyle #love